sobota, 13 sierpnia 2016

Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia! ~PLHHF2016~

Nie lubię postanowień. Bo miałam pisać regularnie, a wybił środek sierpnia... Tłumaczeń nie będzie, bo po co. Co nowego u mnie? Przeżywam najlepsze od 4 lat wakacje, celebruję życie na wsi, w mieście i na różnych końcach Polski.  Jednym słowem - mam się BARDZO dobrze. Wiesz co? Spełniam marzenia. Tak. To naprawdę fajna sprawa. Robisz listę rzeczy do zrobienia w roku i z każdym kolejnym miesiącem odhaczasz następny, następny i jeszcze kolejny punkt. Spełniam się. I jestem kurde szczęśliwa! W końcu mogę tak stwierdzić, bez owijania. A o czym dzisiaj? 
Ano o kolejnym spełnionym marzeniu.

***

Polish Hip-Hop TV Festival 2016 w Płocku. Czwarta edycja polskiego Kempa kusiła mnie od początku swoim różnorodnym line-upem. Miesiąc wstecz zabukowałam nocleg, transport, zaopatrzyłam mnie i moją niezastąpioną towarzyszkę w dwudniowe karnety. Czas zleciał w tempie porównywalnym do lotu z Wrocławia do Paryża, serio. Wybił czwarty dzień sierpnia, czwartek. Nasz główny cel na ten dzień? 1) nie zgubić się w Warszawie i zdążyć na autobus, 2) dotrzeć do hotelu w Płocku, 3) wyrobić się na pierwszy i najważniejszy dla mnie koncert Pana Teta :)


Cały trzypunktowy plan wykonałyśmy perfekcyjnie.  Zatrzymałyśmy się w hotelu mieszczącym się w połowie drogi od dworca autobusowego i plaży nad Wisłą - Hotel *** Płock, miejsce idealne! Z pozoru bardzo staromodne i zwyczajne, jednak pokoje czyste i rewelacyjnie wyposażone, śniadania zaspokajające nasze pokoncertowe podniebienia również na duży plus.

Pierwszy koncertowy dzień był dla mnie najbardziej emocjonujący przez wiadomą osobę. Cała impreza odbywała się w klubie Imprezy na fali, a wstęp tego dnia był za free.

Pierwszym rozgrzewaczem i tak już rozgrzanej słońcem (w dzień ok. 27 stopni) publiki był Nerwus. Zagrał on warm-up przed docelowym koncertem zespołu pieśni i tańca Te-Tris. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się po tym występie aż takiej mocy. Już wtedy wiedziałam, że to będzie MOCNY wieczór. Zajęłyśmy najbardziej niekomfortowe miejsce pod sceną. Wtedy wydawało nam się idealne - blisko sceny, nie za duży ścisk, jest czym oddychać. Konsekwencje odczuwałyśmy przez kolejne dni. Dlaczego? Pamiętaj - NIGDY NIE STAWAJ PRZY GŁOŚNIKU!!! Nerwus skończył i planowo chwilę przed 22:00 zabrzmiały pierwsze dźwięki Perfekt. Moje nogi automatycznie poszły w górę (nie, nie zemdlałam:) i tak było do końca - Skóra, Definitywnie, Ile mogę?, Trzeba żyć i nawet spokojniejsze XOXO. Jeżeli osoba (moja towarzyszka), która oprócz jednego kawałka nie zna dorobku artysty, a bawi się, skacze i bierze do serducha to, co on mówi - chyba nie muszę tutaj nic dodawać. To był mój DZIEWIĄTY koncert Teta i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że był najlepszy - aż boję się pomyśleć co będzie na kolejnym, jubileuszowym? :D



***
Dzień 2. Tutaj zaczynają się schody. I to dosłownie. 5 i 6 sierpnia to docelowe dni festiwalowe. Lokalizacja - Plaża nad Wisłą, która znajdowała się na dole. Do pokonania kilka razy dziennie miałyśmy jakoś milion schodów :)


Na termometrze 30 stopni. Uzbrojone w wodę udałyśmy się do bramek, gdzie bez kolejki wymieniłyśmy bilety na opaski. Postanowiłyśmy zobaczyć jak sytuacja wygląda na terenie festiwalu, więc go do wejścia. Przywitała nas ochrona, która po wnikliwym sprawdzeniu czy nie przenosimy w plecaku bomby czy innego ładunku wybuchowego przepuściła nas w dalszą część i w/w schodami zeszłyśmy na sam teren imprezy. Całość skąpana w płockim słońcu prezentowała się naprawdę nieźle. Kilka fotek i idziemy leniuchować w chłodnym pokoju - do koncertów zostało kilka godzin.


Wybiła jakoś 18:00, więc ruszyłyśmy ponownie nad Wisłę. Dzisiejszym celem było aż 7 koncertów - Małpa, Bisz & B.O.K., Rasmentalism, Pezet, Taco Hemingway, O.S.T.R. i Quebonafide. Między niektórymi koncertami miałyśmy przerwy na kontemplację Wisły i zjedzenie czegoś dobrego z przyalejkowych food tracków <3 [a po wejściu na teren imprezy od razu uchwycił nas Pan fotograf razem z Panem Te-Trisem :)]




Po przesłuchaniu koncertów Małpy i Bisza wraz z zachodzącym słońcem zrezygnowałyśmy z koncertu grupy Rasmentalism - wygrało 14 stopni i brak odzienia wierzchniego. Rundka do pokoju i szybki marsz na najbardziej wyczekiwany przez większość publiki koncert - po trzech latach na scenę wrócił Pezet. Ilość ludzi, jaką zgromadził pod sceną Paweł była ogromna.



Nie jestem ogromną fanką Pezeta, ale być w takim tłumie, na takim koncercie robiło naprawdę wielkie wrażenie. 
Po krótkiej przerwie przyszedł czas na koncert Taco Hemingwaya. Przyznaję - wzbraniałam się przez baaardzo długi czas od jego twórczości. Niesłusznie. Sześć zer, Następna stacja, Deszcz na betonie i najnowsza EPka - kawałek Wiatr bujały nie mniej głów niż na Pezecie. Moim zdaniem Taco to mega skromny i nie robiący wokół siebie szumu gość. Może nie idealny na tego typu imprezę, a bardziej do rozkminki w domowym zaciszu, jednak fajnie było na chwilę odpocząć od ZRÓBCIE HAŁAS. 
Następny w kolejne był Ostry - jego koncert odhaczyłam w tym roku przy okazji Hip-Hop Koncertu we Wrocławiu, jednak to nie powstrzymało mnie od skakania i zdzierania gardła w Płocku. Dystans, jaki ma do siebie Adam po przebytej chorobie i przybraniu na wadze jest tak ogromny, że wiele osób może mu tylko pozazdrościć. Energia poziom hard, naprawdę!
Koło 1:00 na scenę wpadło kilku gości grających w piłkę - tak, to była ekipa Quebo! To było idealne zakończenie tego koncertowego dnia - moc przeogromna przy każdym kolejnym kawałku. Skąd ten gość bierze tyle energii? Do tej pory się zastanawiam :)

***
Dzień 3. Obudzone zapachem jajecznicy i racuchów, pełne pozytywnej energii oraz z brakiem gardła (w moim przypadku) wyruszyłyśmy na mini zwiedzanie Płocka. Miasto mega zadbane, przyjazne i ciche, z najmniejszą ilością opadów rocznie (!) Jedyny minus, jaki zaobserwowałyśmy to to, że Płock jest miastem PAJĄKÓW. Te okropne i obrzydliwe stworzenia wiją swoje sieci na latarniach, sygnalizacji świetlnej czy witrynach sklepów. Szczególnie widać je było kiedy późnym wieczorem wracałyśmy z koncertów. Ohyda!


Z sobotniego line-upu wybrałyśmy 4 pozycje - Dwa Sławy, Ten Typ Mes, VNM i Tede. Wszystkich artystów miałam już wcześniej okazję widzieć na scenie, jednak dobrego nigdy za wiele. Byłam przygotowana czego mogę się spodziewać. Dwa Sławy jak zwykle nie zawiedli - już od pierwszych dźwięków Do ryma można było rozhuśtać swoje ręce pod niebo. Do tego Daj alkohol czy kawałek Bą bą bą zremiksowany z Five hours zrobiły ogromną robotę! Pod koniec koncertu przeniosłyśmy się w pobliże barierek backstagowych, żeby (już drugi raz w tym roku!) zdobyć podpis i cyknąć foto z tymi dwoma wariatami. Czekania było ok. 1,5h w tym godzina w deszczowej atmosferze. Koncert Mesa widziałyśmy z tyłu sceny, jednak to nie przyprawiło nas w pogorszenie nastrojów - Rado i Astek naładowali nas dodatkowo tak pozytywną energią podczas stania w kolejce do nich, że rozbawione pobiegłyśmy na VNMa, który akurat wszedł na scenę.




V zagrał to, na co czekałyśmy najbardziej - Na weekend, Jesteś i Fan 3, reszta jakoś szczególnie nas nie porwała, dlatego  udałyśmy się na dwugodzinną przerwę do pokoju hotelowego, żeby naładować baterie na ostatnią petardę (?).


W okolicach 1:30 byłyśmy z powrotem na terenie festiwalu. Upss, pierwsza w tym dniu obsuwa - trafiłyśmy jeszcze na Sokoła. Zagrzane herbatą i frytkami poszłyśmy w tłum. Tede. Wiedziałam, czego mogła się spodziewać #doświadczrozpierdolu. Jednak nie wiedziałam, że aż tak. Z tego miejsca pozdrawiam dziewczynę, która stojąc obok mnie również nie wiedziała, co robi na tym koncercie i obie zastanawiałyśmy się skąd ci ludzie wiedzą, co mają w danym momencie robić! To nie byli fani, to była armia Tedzika :) z przymrużeniem oka, trochę poskakałyśmy, pośmiałyśmy się, pobujałyśmy przy starych numerach (niektóre kawałki Tedego poprzedzone były szlagierami Cher czy innego DJa Bobo).


Po 4:00 na chwilę zmrużyłyśmy oko, żeby na 9:00 być już w Polskim Busie w drodze do Stolicy. Szybka przesiadka na PKP i 4h w okropnym pociągu IC do Wrocławia. Zakończyłyśmy naszą czterodniową, płocką przygodę. 



***
Podsumowując. Organizacja całego wydarzenia na najwyższym poziomie - prawie żadnych obsuw czasowych, dużo food tracków, w których każdy znalazł coś dla siebie, bardzo dobry line-up i przede wszystkim świetna atmosfera. To był mój pierwszy festiwal i na pewno nie ostatni. PLHHF wpisuję do mojego koncertowego kalendarza i myślę, że widzimy się za rok, EEEELOOO! :)

*zdjęcia: my oraz S. Adamkiewicz (https://www.facebook.com/PolishHipHopFestival/photos/?tab=album&album_id=592300340940996)*

niedziela, 3 kwietnia 2016

Uśmiechnięta o motywacji i ... stylówka na wiosnę.




Miało być o koncertach, ale wyszło słońce. Będzie po wiejsku. Będzie motywująco i z uśmiechem. Ciepła, zimowa kurtka poszła do szafy na rzecz wiosennej, długaśnej parki w jakże dźwięcznym kolorze KHAKI. Zapewne w takim standardowym zestawie będziecie mnie mogli spotkać kursującej na trasie ZGC-WRO-ZGC i GAJ-WSB-GAJ. Chociaż... czemu tylko tam? 


Na pewno wiesz jak to jest. Coś Ci się w życiu zwyczajnie spieprzy. Nie wiem - złamiesz nogę, stracisz pracę, zachorujesz na nieuleczalną chorobę albo zwyczajnie zejdzie z Ciebie całe powietrze i nie masz ochoty nawet wyjść po ciepłe bułki do sklepu na dole. Wszyscy - rodzina, przyjaciele, pani w telewizji, przypadkowa osoba w tramwaju wpiera Ci jak mantrę "będzie dobrze, MUSISZ to zrobić, MUSISZ wziąć się w garść, MUSISZ coś ze sobą zrobić, MUSISZ się do tego przekonać, dasz radę". Czy na Ciebie też te słowa działają jak płachta na byka? I nie chodzi mi tutaj, że czegoś nam się nie chce, a musimy to zrobić. Nie. Ludzie nie wiedzą, co siedzi nam w głowie. Czasem i my sami tego nie wiemy. 


Motywacja i pozytywne myślenie jest w nas. Tak, w Tobie też. Nie w zdjęciach z cudownymi cytatami, nie na etykiecie płatków śniadaniowych, nie w reklamach. W Tobie jest jej najwięcej. Żeby zmienić cokolwiek w swoim życiu, zwalczyć swoje najsłabsze punkty, obrócić je w najmocniejsze konieczne jest tylko Twoje nastawienie i podejście. 


Ja się uśmiecham. Chociaż czasem jest ciężko i mimo słońca na dworze mam burzę w środku. 
Nie robię żadnych postanowień typu "Od jutra przestaję jeść czekoladę, a od wtorku zacznę częściej wychodzić do ludzi". Nadejdzie wtorek, a ja i tak będę siedziałam w domu. Załamię się dodatkowo tym, że miałam to zrobić, a wciąż stoję (albo i leżę) w tym samym miejscu. U mnie największe zmiany zachodzą bez planowania, chyba już wystarczająco się w życiu naplanowałam ;)




W sumie od kilku dni mam w sobie jakiś taki mały płomień motywacji. Iskierkę pozytywnego spojrzenia w przyszłość. Rozpaliłam ją sama. Nikt nie dał mi zapalniczki. Albo zapałek - zapalniczki zazwyczaj psuję...


Nie napiszę Ci teraz, żebyś wziął się w garść, pokazał środkowy palec światu i szedł do swoich pragnień nie zważając na wszystko inne. Musisz zrobić to sam. Zapalić swój własny, mały płomień, który w sumie może przerodzić się w całkiem przyjemne ognisko. Ja w to wierzę, Ty też możesz :)






A gdyby zainteresowało Cię co mam na sobie, to:
parka KHAKI jest z Croppa, koszulka i spodnie standardowo HM, na nogach najwygodniejsze Superstary, naszyjnik od AS Jewellery, okulary z Brylove i plecak upolowany na vinted, marki Atmosphere. Na ustach kozacka kredka matowa z Golden Rose w kolorze bodajże 09, a na pazurach hybryda by me.
Uśmiech bezmarkowy ;)



 Pamiętaj, że 'wszystko co Cię ogranicza siedzi w środku Ciebie'. To Ty piszesz swój własny scenariusz i grasz w nim główną rolę. Możesz wszystko, powodzenia.

~ M.






niedziela, 28 lutego 2016

POZNAŃ - na dobre i złe, definitywnie.

21:34 na zegarku, deszcz odbija się od parapetu i jak nic brudzi moje i tak nie za bardzo lśniące okno. Włączam play, płyta z 2009 roku. Jedna. Druga. Kolejna. Głos wciąż ten sam. Tak, to dobry moment żeby chociaż w pigułce zawrzeć małą cząstkę emocji, które towarzyszyły mi i mojej +1 w krótkiej, ale intensywnej podróży do wielkopolskiej Stolicy.

***

Równo o 9:28 wyruszyłyśmy w dwugodzinną podróż pociągiem relacji Katowice-Szczecin na północ. Cel: Poznań Główny!


Nie jestem fanką słuchania rozmów moich sąsiadów-podróżnych, ba! Nawet bardzo tego nie lubię. Nie specjalnie chcę wiedzieć o operacji kolana Halinki, czy Maciuś nie poszedł do szkoły z powodu bólu brzucha, a Sebastian zapomniał o urodzinach cioci, Nie nie nie. Słuchawki w podróży są obowiązkową opcją. Szczególnie kiedy minutę przed wyjściem na dworzec zgrywasz na telefon premierową płytę OeSTeeRa. Sprawdź, koniecznie!


Małe zawirowania, pomylone uliczki, spóźnione koziołki i jesteśmy na Starym Rynku. Pogoda nie zachwyca, tragedii nie ma. Ładnie tu. Tak... starodawnie. I spokojnie. Ludzi niewiele. Czemu? A no tak, przecież dzisiaj jest piątek, normalni ludzie w południe jeszcze pracują...








Fajne mają te murale. Szybki rzut okiem na rozkład jazdy i hop do tramwaju. Zaczyna padać śnieg.


Dojeżdżam na Ostrów Tumski, a co. Tak dla porównania tego z wrocławskim. Sypie już całkiem konkretnie. Dwa kółeczka na około, kilka fotek i na ciacho gruszkowe marsz.






Szybki obiad i w końcu docieramy do zimnego, hostelowego pokoju. Właściwie po co ten Poznań? W taką okropną pogodę, w piątek, pod koniec lutego? Łatwo się domyślić.

***

Koncert ulubionego rapera. Idola? Motywatora. Jak zwał tak zwał. Byłam kilka razy we Wrocławiu. Ciągle mało. Koncert w Warszawie odhaczony. Ciągle mało. To dlaczego nie Poznań? Nie, nie jestem psychofanem, w portfelu zdjęcia nie noszę. To jest szacunek. Wzajemny szacunek. Koncerty szczególnie tego Pana dają mi tyle motywacji, takiego kopa do działania, takiego pozytywnego nastawienia jak nic innego na świecie.
Drugi rząd, scena. Godzina skakania, zdzierania gardła, braku tchu i zakwasów dających o sobie znać do teraz. To nie są tylko teksty wykrzyczane do mikrofonu. To jest przekaz i kopniak jakiego potrzebuję raz na te kilka miesięcy. Kontakt. Na koncercie i po koncercie. Najlepsze słowa, uznanie i wdzięczność. Powiesz - wielka mi rzecz. Raper normalny człowiek, jak każdy inny.  Dokładnie tak jest. Ale jeżeli ktoś, kogo tak na prawdę nie znasz, którego słuchasz na słuchawkach, w radiu, w telewizji, którego płyty masz na półce, który nie zna Ciebie, nie wie o Tobie nic, potrafi zwykłym słowem spowodować, że wraca do Ciebie wiara w siebie, że jego słowa potrafią tak mocno dotrzeć do Twojej podświadomości, że całe złe nastawienie i zwątpienie w siebie znika. To jest takie małe szczęście, które cholernie pomaga, nawet nie wiesz jak bardzo.

Ludzie jeżdżą do dużych miast na koncerty Rihanny, Biebera, Madonny czy innego idola. Ja jeżdżę na Te-Trisa. Proste :)

*** 

Siedzę z wypiekami na twarzy i stwierdzam, że to powyższe jest tak nieskładnie napisane, że wątpię, że ktokolwiek z was odnajdzie w tym sens. A może jednak ktoś, tak jak ja, go tam widzi? :)

 ***

A to moja współlokatorka, którą wyciągnęłam (ale nie siłą!) na moją poznańską wyprawę. Agnes, dziękuję za wszystko, wiesz co jest 5 Siostro! :)


Emocje wzięły górę. W sumie nie tylko one. Tramwaje jeżdżące od 5 rano pod naszym oknem też nie dały się nam wyspać. 


W ostateczności obeszłyśmy 1/4 jeziora Malta, spędziłyśmy 2 godziny w kinie na beznadziejnym filmie (7 rzeczy, których nie wiecie o facetach - obsada na plus, reszta do wrzucenia), zakończyłyśmy na gorącej czekoladzie i wizycie w Empiku. Płyta Ostrego stanęła na półce. Pogoda dopisała.



Koniec. Jak dobrnąłeś do końca to bardzo mi miło. Jednak za dużo emocji towarzyszyło mi w centralnym punkcie tego posta i nie wszystko poszło po mojej myśli. Tak to już bywa, bo ja taka emocjonalna dziewczyna jestem ;) jakaś puenta na dzisiaj? Cieszmy się z małych, nawet najdrobniejszych rzeczy, one tworzą całość i powodują uśmiech.


"nie, nie jestem, nie byłam, nigdy nie będę perfekt"

~M.